niedziela, 2 lutego 2014

Żiżu foto-story, czyli opowieść o kocim Tomciu Paluszku

To był naprawdę zimny, deszczowy poranek. Szare chmury wisiały nisko, a krople deszczu niesione wiatrem wciskały się w oczy i przyklejały do policzków. Zmierzający do pracy ludzie, których twarze były równie pochmurne, chowali głowy w ramionach i usiłowali uszczknąć dla siebie kawałek miejsca pod przystankowymi wiatami. Ci, którzy siedzieli w samochodach, sunęli wolno w korku. Przyszła i na mnie pora, aby do nich dołączyć.

Nie ujechałam zbyt daleko, gdy nagle usłyszałam coś jakby miauczenie. Przyciszyłam radio, ale oprócz szumu silnika nic nie było słychać. Wzruszyłam ramionami, pewnie mi się zdawało. Ale chwilę później znowu, tym razem wyraźniejsze. I do tego jeszcze skrobanie. Co to mogło być? 

Zjechałam na pobocze, wyłączyłam silnik i zaczęłam nasłuchiwać. Cichutkie skrobanie i piski co jakiś czas dochodziły z wnętrza kabiny. Rozejrzałam się wokoło, zajrzałam pod fotele i do schowka. Pusto. Wsłuchując się w dźwięki, stopniowo przesuwałam się w stronę ich źródła. I wtedy go zobaczyłam. Siedział skulony, wyraźnie przestraszony, w plastikowej kieszeni w drzwiach, tuż przy klamce. Był szary w bladoróżowe tygrysie paski, puchaty niczym maleńki kłębuszek wełny. Nie mierzył więcej jak 5 cm od czubka różowego noska po koniuszek ogona. Taki mały koci Tomcio Paluszek.



needle felted cat

- O rety, a ty tutaj skąd się wziąłeś? — wyciągnęłam ku niemu rękę.
Mruknął krótko i schował się głębiej.
- Nie bój się... Chciałeś uciec przed deszczem? Zgubiłeś się? — zagadywałam ciepło, ale kociak tylko zamerdał ogonkiem, wystraszony.
- No dobra. Nie chcesz wychodzić, to nie. Ja muszę jechać do pracy. Jak się zdecydujesz, to możesz usiąść na moim szaliku — wskazałam leżący na fotelu pasażera materiał — będzie Ci wygodniej.

Odpaliłam silnik, podgłośniłam muzykę i ruszyłam przed siebie. Udawałam, że niby nic mnie ten mały pasażer nie obchodzi, ale w głębi duszy miałam nadzieję, że ciekawość zwycięży nad strachem i maluch wyjdzie ze swej kryjówki.

Na początku nic się działo, nie słychać już było nawet żadnego miauczenia. Ale trzy skrzyżowania dalej z kieszeni wyłoniły się najpierw postawione na sztorc uszka, potem para czarnych ślepi, a na końcu łapki. Kociak, obserwując mnie uważnie, powęszył wokoło, po czym jednym susem wskoczył na fotel i schował się pod szalikiem. Ha! Moja taktyka podziałała — nie mogłam się nie uśmiechnąć. 

- No to teraz może byś się przedstawił, co? — spytałam.
Szalik się poruszył i wysunęło się spod niego ucho i jedno oko.
- Miauuu mrrr rrau miaaau — powiedział.
- O rety, ale masz długie, arystokratyczne imię. Co powiesz na to, bym mówiła na ciebie w skrócie... hmm, nie wiem... może Żiżu? — zaproponowałam.
- Mrrr... — schował się z powrotem. Nie wiem, czy oznaczało to, że mu się podoba, czy nie. Pewne jest jednak, że brakowało mu towarzystwa, bo po chwili wysunął się całkiem, miauknął i wskoczył mi na kolana. Potem otarł się o mnie i wdrapał po mojej ręce na kierownicę, a stamtąd przeskoczył na deskę rozdzielczą.

needle felted cat

- Ej, kolego, tylko nie zasłaniaj drogi — zaśmiałam się. — Przejdź tam i patrz, czy nie przejeżdżamy przypadkiem koło Twojego domu.
Żiżu rzucił mi obrażone spojrzenie i usiadł sobie przy bocznej szybie.

Tymczasem wyrwaliśmy się wreszcie z korka. Za oknem szybciej przesuwały się drzewa i latarnie, mijaliśmy autobusy i przelatywaliśmy przez kolejne skrzyżowania. Kotek jednak wyglądał na przygnębionego. Siedział nieruchomo, patrząc gdzieś w dal. „No właśnie, trzeba odnaleźć Twój dom”  pomyślałam. Do końca podróży już się nie odezwał ani nie odwrócił głowy.

needle felted cat

Podjechaliśmy pod biuro. Zaparkowałam i wyłączyłam silnik. Zawinęłam szybko szalik wokół szyi i przełożyłam torbę przez ramię.
- Idziesz ze mną?  spytałam. Żiżu, ociągając się, zszedł dumnie ze swojego punktu obserwacyjnego, po czym z uniesionym ogonkiem lekko przebiegł przez fotele i skoczył na mnie. Zaczepił się przednimi łapkami o brzeg kieszeni w kurtce i zaczął się gramolić, pomagając sobie pazurkami. Podniosłam go od dołu, a on, niczym kulka, wturlał się do środka z krótkim miauknięciem. Byliśmy gotowi.

Ledwo weszliśmy do środka, a on już zaczął się wiercić, żeby go wypuścić. Nie zdążyłam się jeszcze całkiem rozebrać, jak Żiżu już brykał po klawiaturze, wciskając kolejne klawisze. 

needle felted cat

Nagle zamarł, przykucnął, a jego ogonek zaczął chodzić na boki. Potem zerwał się, lotem błyskawicy przebiegł przez długi klawisz spacji, wykonał duży skok... i wylądował na myszce. Usiadł na niej i wypiął dumnie pierś. Wyglądał jakby pokonał co najmniej słonia.

needle felted cat

- Ale żeś potwora upolował! - pogłaskałam go łepku. Przyjął tę czułość z godnością.
- No to teraz zadzwonimy do kilku schronisk, może Cię ktoś szuka  powiedziałam i wyjęłam słuchawki. Żiżu zszedł z myszki i podszedł powoli do mikrofonu.
- Miauuu? - spytał.
- Nic nie obiecuję, ale warto spróbować  odparłam. Kilka bezowocnych rozmów telefonicznych później nastroje zaczęły opadać, a nasze miny robiły się coraz bardziej markotne. Nikt nic nie wiedział, nikt nie szukał kociego Tomcia Palucha. W pewnym momencie nawet Żiżu włączył się do poszukiwań, miaucząc do mikrofonu swoją historię  ale niestety nikt z osób szukających swoich pupili nie rozpoznał jego głosu. Kilka osób nawet rzuciło słuchawką, sądząc, że robię sobie z nich żarty. Wyglądało na to, że jest zupełnie sam.

needle felted cat

Zrezygnowany westchnął, po czym wskoczył na monitor i przycupnął na jego krawędzi. Schował łapki pod siebie, zmrużył oczy i zapadł z drzemkę, co jakiś czas uchylając powieki, aby sprawdzić, czy nadal jestem. Przez resztę dnia, kiedy klepałam w klawiaturę i gapiłam się w monitor, on leżał, co jakiś czas tylko zmieniając pozycję.

- Skończyłam  rzuciłam wreszcie, wyłączając komputer.  Możemy iść. 
Żiżu zerwał się na równe nogi. Gdyby był psem, to pewnie by merdał ogonem. 
- Na razie zatrzymasz się u mnie. Zobaczymy, może się jeszcze znajdzie Twój opiekun  wyciągnęłam ku niemu rękę, a on wdrapał się po niej i usadowił na ramieniu przy uchu. Stąd miał najlepszy widok. Teraz już całkowicie wyzbył się strachu i nabrał nieadekwatnej do jego gabarytów pewności siebie. Nie zdążyłam jeszcze dobrze się usadowić za kierownicą, a on już zajmował strategiczny punkt obserwacyjny przed przednią szybą. Z wyciągniętą szyją i ułożonym za nim prosto ogonem wyglądał niczym galion na dziobie żaglowca, prujący przez świetliste fale samochodowego morza.

needle felted cat

Dopiero kiedy podjeżdżaliśmy pod dom, zaczął się kręcić, czując, że będziemy zaraz wysiadać. W momencie, gdy wyłączyłam silnik i światła, skoczył z rozpędu prosto do swego prowizorycznego kieszeniowego transportera. Jego pewność siebie nieco słabła w zetknięciu ze światem zewnętrznym, szczególnie kiedy ten świat był mokry i pełny brudnych kałuż. Wydaje mi się jednak, że wolałby mętną kałużę i suszenie zimnym wiatrem od tego, co zafundowałam mu potem.
- Ale zrozum  próbowałam mu tłumaczyć, trzymając go nad umywalką wypełnioną ciepłą wodę  ja nie wiem, przez co ty się musiałeś przeczołgać, żeby trafić do mojego auta. No i muszę to powiedzieć  zbyt czysty to ty teraz nie jesteś. 
- Miaaaaaaauuu! - przeciągle pisnął, rozczapierzając wszystkie swoje pazurki. Puściłam go na blat, a on czmychnął za kubek ze szczoteczkami i zaczął histerycznie się wylizywać.
- No bez żartów  skrzyżowałam na piersiach ręce  o tym to trzeba było pomyśleć wcześniej, zanim doprowadziłeś się do takiego stanu  odsunęłam kubek i ignorując przeciągłe miauki, delikatnie zmoczyłam mu futerko, namydliłam i pomału spłukałam wodą. 

Obok na kaloryferze grzał się już ręcznik. Kiedy kąpiel dobiegła końca, odwróciłam się, by go zdjąć. Ten ułamek sekundy wystarczył jednak, by Żiżu na pohybel rzucił się z wysokości blatu i zostawiając po sobie smugę wody, wyskoczył z łazienki. Pobiegłam za nim z ręcznikiem w ręku, starając się nie poźliznąć na mokrej podłodze. Przeleciał prosto przez przedpokój, wpadł do pokoju i wskoczył na najwyższe drzewo, jakie mógł znaleźć. Jak to dobrze, że Żiżu mierzył 5 cm  jego topolą okazał się kwiatek w żółtej doniczce, który stał na parapecie. Przykleił się pazurkami do jego łodygi i schował między liśćmi.

needle felted cat

- Żiżu... daj się wytrzeć. Obiecuję, że więcej kąpieli już dzisiaj nie będzie, ok?
Niechętnie, prychając i fukając z oburzenia, kotek dał się zdjąć z kwiatka i opatulić ręcznikiem. Kiedy spod niego wyszedł, jego futerko lśniło, było puszyste i miękkie w dotyku.

needle felted cat

- Wyglądasz wspaniale  powiedziałam.
-  Mrrr...  docenił komplement Żiżu.
- Idealnie, żeby zapoznać się z innymi domownikami.
- Miau?  spytał zaskoczony.
- No tak, chodź, poznasz Felę  powiedziałam zachęcająco.

Fela, nasz paskowany, wiejski rasowiec, wylegiwała się w kuchni, czekając w pogotowiu, aż zawartość miski sama się upoluje.
Żiżu wszedł nieco nieśmiało do środka i stanął tuż za nią.
- Miauuu  zagaił cicho.
Fela, wyrwana ze stand-by'a, rozejrzała się wokoło.

needle felted cat

- Miauuuu mrrrah  nieco głośniej zamiauczał Żiżu. 
Kotka poderwała się na nogi, odwróciła i w jednej chwili była już przy pasiastej kulce. Kulka ta wyglądała na jeszcze bardziej kulistą, kiedy Fela obwąchiwała ją z każdej strony.
Trwało to przed krótką chwilę, ale dla mnie (i pewnie dla Żiżu) wydawało się to wiecznością. Nie wiedziałam, czy Fela potraktuje kociaka jak appetizer przed daniem głównym, zabawkę czy intruza. Żiżu chyba też nie był pewny, ale że był odważnym dzikim tygrysem, postanowił zaczekać i z godnością przetrwać zapoznawanie się.


needle felted cat

I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Fela skończyła go obwąchiwać, cofnęła głowę, przyjrzała mu się raz jeszcze, po czym dopadła go jak puma leniwca i przelizała go przeciągle od lewego ucha po 4 pasek na plecach, licząc od góry. A potem znowu klapnęła pod ścianą i przymknęła oczy, mrucząc basowo.


Żiżu rzucił mi tryumfalne spojrzenie, po czym lekko na nią wskoczył, ugniótł sobie miejscówkę na jej plecach i usiadł. Fela nawet nie drgnęła.
Teraz oboje już mruczeli na zmianę, mrużąc ślepia. Nie dowierzając w to, co widzę, klapnęłam z wrażenia na krzesło. Takiego kota to nie widziałam jak żyję.

needle felted cat

Nie dali mi jednak dłużej pokontemplować. Teraz to były już dwa koty czekające na pełną miskę. Fela wskoczyła na stół i zaczęła się ocierać i pomiaukiwać. Żiżu zaś kręcił się na dole, obwąchując wszystkie kąty.

Wstałam i otworzyłam pudełko z karmą. Brzdęk kocich chrupków spadających do metalowej miseczki to najpiękniejsza melodia dla kotów. Przynajmniej zawsze tak sądziłam. Szczególnie wtedy, gdy widziałam, jak Fela rzuca się do miski i warcząc, łapczywie pożera zawartość.
Ale nie dla Żiżu. 
- Miau  rzucił krótko, patrząc z przekąsem na Felę.
- Co jest? Nie chcesz karmy?  spytałam. Podrzuciłam mu parę chrupków, ale nie, nie ruszył. No to może trochę kocich przysmaków?  potrząsnęłam saszetką z rybnymi cząsteczkami. Tylko zastrzygł uchem. Kurczak? Mleczko? Mój obiad?  wszystko nie.
Rozłożyłam ręce  no to już nie wiem, co ci dać. Musi być coś, co jesz, prawda?  zerknęłam tknięta myślą, że może właśnie nie, on nie musi.
- Mrrr  zamruczał Żiżu i zaczął węszyć dookoła. Obszedł zanurzoną w misce Felę, zajrzał pod stół i za kosz na śmieci. Kiedy doszedł do lodówki, otworzyłam mu ją i podniosłam go, żeby wskazał, czy chce coś z jej zawartości, ale szybko zszedł po moich spodniach na dół.
Potem stanął, uniósł łepek w górę i poruszył parę razy różowym noskiem. Natrafił chyba na jakiś trop, bo szybko uczepił się rogu obrusa i wdrapał na stół. 

Oprócz starej gazety i kubka z niedopitą poranną kawą stała tam tylko miska z jabłkami. 
Żiżu uniósł pionowo ogon, załamując jedynie jego czubek, po czym lekko i radośnie w niej zanurkował.
- Kąpałeś się już?  zapytałam zaskoczona.
Chwilę później usłyszałam skrobanie, a kiedy się przysunęłam, kotek wysunął główkę z wnętrza naczynia i zlizywał z mordki soczyste kawałeczki jabłkowego miąższu.

needle felted cat

- Jabłka?!  krzyknęłam  Ty jesz jabłka??
- Mrauuuu  zagruchał Żiżu i uśmiechnął się szeroko po kociemu. Wyglądał naprawdę na szczęśliwego.
- No to już wszystko jasne, jesteśmy w domu - powiedziałam.

I Żiżu chyba faktycznie był. 

needle felted cat

Mnie jednak nie dawało spokoju jedno. Skąd się wziął w moim samochodzie tego deszczowego poranka i gdzie jest jego właściciel. Sprawiał bowiem wrażenie naprawdę osobliwego kota, z manierami i poczuciem godności, a przy tym obytym w ludzko-kocim towarzystwie. 

Dzwonienie po schroniskach nic nie dało, ale może jakieś ogłoszenie przyniosłoby skutek? Piszę zatem ten apel: jeśli Ty lub ktoś z Twoich znajomych szuka swojego pupila, to jest on teraz u mnie i pożera właśnie kolejną szarą renetę. Dzisiaj już chyba szarlotki nie będzie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz